Rio Gridezzo

Maj
Ryk wody na ostatniej 50-tce Frondi’ego daje przyjemne tło. Śpisz pod kanionem, a przez sen o kanionie słyszysz szum wodospadu. Czego możesz chcieć więcej ?

Po całonocnej ulewie Rio Frondizzon, pod którym jak zwykle śpimy, przybiera na tyle, iż jesteśmy odcięci. Bród który dzieli nas od świata jest nieprzejezdny, czeka nas leniwe przedpołudnie.

Po przeciwnej stronie doliny Felli, gdzies prosto z chmur spada wielka smukła kaskada. Widzę Ją pierwszy raz i to jest objawienie, czeka właśnie na mnie, rozpala zmysły, kusi. Stefano twierdzi że na pewno jeszcze nie robione. Śniadanie jem na stojąco gapiąc się na Nią, w głowie roją się eksploracyjne wizje… jak się tam dostać, trawers z okolic Lavarii, śmigło z Tolmezzo… mamy młotek, 10 spitów i 5 plakietek… chyba jednak kochanie musisz poczekać 🙁

 

 

 

Wrzesień
Do Chiusaforte wracam jak zwykle we wrześniu. Niestety tym razem woda swoją obecność zaznacza jedynie symbolicznie, podobnie jak w Belepit, Cuestis czy innych mocno spionizowanych kanionach.
Rozgrzewkę robimy na nowiutkim, świeżo wyeksplorowanym przez chłopaków z Cultu – Rio Livinal, który łączymy oczywiście z Cadramazzo. 700 metrów w górę i 700 w dół, chciałoby się więcej. Po kolejnym dniu i wesołych (bo udanych) przygodach na Nero stwierdzam, że do następnej wiosny gapiąc się jedynie w majowe zdjęcia, mapy i Google Earth czekać nie będę. Potop na Nero nas nie zabił, to suszę w Gridezzo też przeżyjemy. Bo w końcu KTO – jak nie MY, KIEDY – jak nie TERAZ ?!

Z rana przepak, redukcja szpeju pod dwuosobowy skład i w ostatniej chwili decydujemy się z Sierściuchem na wariant C2C.

 

 

Atakujemy od góry drogą od strony Lavarii, forsujemy (delikatnie) kilka szlabanów i Sierściuchowy kangur daje radę wyjechać prawie na samą górę. Początkowo przyjemna droga dojścia szybko się kończy i pakujemy się w totalny chaszczing, który stopniowo się pionizuje, przechodząc w na końcu w klasyczne zjazdy “zniewiadomoczego-wniewiadomoco”.

 

 

 

Teoretyczne założenia do eksploracyjnego poręczowania z natury to minimalna średnica drzewa równa 3-krotnej średnicy liny… a sznurki mamy dwa – 7 lub 8mm do wyboru. Sierściuch upiera się by sprawdzać też czy są liście u góry, a że mamy jesień, to nie ma co sprawdzać, więc akcja przyśpiesza. Po dwóch zjazdach w dżungli w końcu dostajemy się do naszego kanionu na 680 amsl. Zaczynamy akcję właściwą i od razu po 5 minutach wkręcamy pierwszego MMSa. Potem już zmiennie niskie progi robione z natury bądź z dobijanych MMSów. Generalnie skała i powietrze, wegetacja o dziwo tylko okazjonalna i nienachalna, woda niestety jedynie sporadycznie w marmitach. Widać jednak że w sezonie nawet sporo się tutaj dzieje…

 

 

 

 

W końcu dochodzimy do wyśnionej kaskady. Widoki jak w Ticino – nagle wszystko się urywa i mamy oszałamiający widok na całą dolinę. Czeka nas ładny zjazd i bynajmniej nie jest to skromne 40-45m, które pesymistycznie w maju prognozował Stefano. Pierwsze 10m robimy z natury pod wielki głaz zaklinowany nad kaskadą, ładujemy stan na dwóch MMSach. Kolejny zjazd częściowo w przewieszeniu do ostatniej sensownej póły, gdzie udaje się znaleźć kawałek litej skały i zainstalować kolejny stan (2 x MMS). Potem już gładko 50m do samego dołu. Wszystkiego wychodzi nam tego lekko ponad 80m. Jeszcze trochę boulderingu, trzy kaskadki do 25m w obecności wody, most, fanfary, radość i zwycięstwo 😉

 

Atrakcyjność, jak to Włosi mawiają – bardzo lokalna, choć dla mnie oczywiście nieporównywalnie większa. Kanion jesienią praktycznie suchy, mały, ale za to własny 🙂

 

Olo

Ps. I wracam tu na wiosnę! Do zrobienia całość na mokro, łącznie z nieznaną górną częścią.

 

Rio Gridezzo
(wstępny opis techniczny od 680m amsl)

Start – 680m
Koniec – 340m
Deniwelacja – 340m
Długość – ok 1000m
Liny – 2 x 55m
Zjazd do kanionu:
C50 (30+20 AN)

Kanion:
C7 MMS
C5 AN
T7 AN
C8 MMS
D6 / C6 AN
D6 / C6 AN
C10 MMS
Dx
C85 (C10 AN, C25 2 x MMS, C50 2 x MMS)
C15 AN
C20 AN
C25 AN